7 + 9 = 2!

Minęło 7 pięknych mięsiecy. Mięsiecy wypełnionych radością, wzruszeniami, troskami, obawami i przede wszystkim nieogarnionym szczęściem! Nasz córeczka jest najcudowniejszą istotą na tym świecie. Jesteśmy tacy dumni. Każdy dzień jest powodem do uśmiechu i wdzięczności ale też każdy niesie ze sobą masę obaw i lęków o jej zdrowie o jej rozwój o następne dni.
Po tych 7 miesiącach, jakże krótkich w gruncie rzeczy, przyszedl czas na… kolejne 9 miesięcy!
Tak, już niebawem bedzie ich dwoje a nas czworo.
Czy sie boję? Już mniej ale gdy zrobilam test niedowierzanie zmieszało sie z ogromnym strachem.
Ale cieszymy się. Bedzie rodzeństwo a to bezcenny dar.
A ja? Na razie nie mam czasu ani sily myśleć o przyszłości bo dzidziuś wysysa ze mnie całą energię tak że tylko bym spala a jeśli juz nie śpię, starszy dzidziuś absorbuje swoją żywotnością wszystko co tylko moge dać. Bedzie ciężko ale cudownie.

dziewiąty miesiąc

Nie chcę zapeszać ale od jakiegoś czasu jest lepiej. Był moment załamania kiedy znów każde wyjście sprawiało mi trudność i potrafiłam zostać w samochodzie zamiast wyjść na spotkanie. Ale od jakiś 2 tygodni jest całkiem nieźle. Jestem dużo spokojniejsza i wyjścia nie sprawiają mi już trudności, bo już od dłuższego czasu nie miałam żadnego ataku lęku. Bardzo się z tego cieszę, tym bardziej że miałam w tym czasie kilka poważnych wyzwań. Z czego największymi było przesiadywanie w kolejce w dusznym korytarzu szpitalnym w oczekiwaniu na przyjęcie – i dokonałam tego sama!

Jestem w połowie 38 tygodnia. Czekam z niecierpliwością na ten dzień kiedy „zacznie się dziać” i moja Maleńka zdecyduje się nam pokazać swoją śliczną buźkę. Czuję się świetnie i mam wrażenie że nic nie zapowiada żeby to nastąpiło jakoś niebawem.. ale kto wie..

Jestem wdzięczna Bogu że tak wspaniale pozwolił mi znieść te ciąże. Beż żadnych komplikacji ani też większy dolegliwości. Moja ciąża odbyła się książkowo – trochę mdłości  w pierwszych miesiącach, potem mnóstwo energii, a potem już tylko odpoczynek z dużym brzuszkiem. No właśnie nawet nie z wielkim brzuszkiem, bo brzuch mam mały, zgrabny i nie za ciężki. Nie puchną mi nogi, nie boli krzyż i generalnie jestem sprawna i dość aktywna więc jest za co dziękować :-) Przybrałam 14 kilo. Co w rezultacie wygląda tak jakby tylko brzuch mi wyskoczył no i może odrobinka więcej ciałka tu i tam..  Jeszcze nigdy tak zdrowo się nie odżywiałam jak w czasie ciąży. Wszystko mi wyjątkowo smakuje i mam wiecznie cudowny apetyt :-)  Jestem bardzo spokojna i cierpliwa. Wszystko znoszę z dystansem i uśmiechem i tym cudownym cudownym spokojem. Całą ciążę nie pokłóciłam się z mężem ani razu – co niegdyś zdarzało się dość często ;) Nie irytują mnie korki, kolejki, złośliwość ludzka, politycy, itd. Albo irytują tylko troszeczkę. Mam chyba pierwszy raz w życiu piękną cerę i miękkie, zdrowe włosy.. Aż żałuję że ten czas się kończy. No i na pewno będzie mi brakować słodkich kopniaczków mojej córeczki. Ale hej..niedługo wezmę ją na ręce! Nie mogę się doczekać!

Patrzę pozytywnie w przyszłość i wiem że nerwica mi jej nie zmąci. Będę się starać na zawsze zachować ten spokój dla mojego dziecka.

Znów się BOJĘ

Od ponad 2 tygodni chodzę na szkołę rodzenia. Niestety muszę chodzić sama z racji charakteru pracy mojego męża. Nawet nie wiem jak to opisać jaki to dla mnie wyczyn. Nie cierpię tam chodzić. W sensie zajęcia są fajne, cieszę się, że w nich uczestniczę, bardzo chcę w nich uczestniczyć, ale za każdym razem strasznie się boję.  Na pierwszych było ok, na drugich z początku ciężko, potem lepiej ale ogólnie całe na spięciu. Jak wytrzymałam byłam z siebie dumna. Na trzecie poszłam z jednej strony już spokojniejsza a z drugiej z jakimś dziwnym stresem wewnętrznym. Całe zajęcia były ok a na koniec mi dowaliło. Musiałam siąść przy oknie bo bałam się że zasłabnę. Oczywiście przestraszyłam się na tyle, że żeby się uspokoić obiecałam sobie że na czwarte iść nie muszę i że zdecyduję dopiero w dniu zajęć. Na czwarte nie poszłam..

Jutro będą piąte – pocieszam się że może uda mi się pójść z mężem a jak jestem z nim czuję się o niebo lepiej i bezpieczniej. A z drugiej strony nie mogę się opędzić od tej natrętnej myśli że się raz poddałam, że dopuściłam strach do świadomości i teraz już przed każdymi zajęciami będę się bać i będzie coraz gorzej niż coraz lepiej.

W ogóle jest coraz gorzej. Na zajęciach z uczniami mam jakieś napady zawrotów głowy. W kościele ciężko mi wysiedzieć – poza wczorajszą mszą – kiedy świetnie się czułam od początku do końca i byłam taka szczęśliwa. Za to wieczorem poszliśmy z mężem na kolację do restauracji. Wystarczyło że minęło 5 minut żebym przeżyła jeden z najgorszych ataków od wielu wielu miesięcy. Nagłe spadanie w przepaść i ta panika. Nie byłam w stanie nawet drgnąć tylko kurczowo trzymałam się stolika z przerażeniem zastanawiając się co teraz. Ale najgorsze przeszło i jeszcze przez kilka minut czułam się bardzo źle – z zawrotami głowy, dusznością, a przede wszystkim szokiem i przerażeniem  po tym co się stało. Mimo to zostałam. Zostałam przy tym stoliku – mąż pocieszał mnie że jestem w ciąży i mam prawo mieć zawroty głowy i że nie zepsuję naszego wieczoru nawet gdybyśmy musieli wyjść. I zostaliśmy i minęło. Co prawda do końca kolacji jeszcze czułam się niepewnie, ale tak naprawdę już chyba dobrze. To jest taki dziwny stan kiedy mimo tego że czuję się już normalnie to jakby strach przed tym że to wróci nie pozwala mi sie tak do końca uspokoić a co za tym idzie wciąż określam swój stan jako słaby.

Muszę szczerze przyznać – Boję się.

Boję się znów iść do szkoły rodzenia, boję się jeździć na zajęcia, boję się już znów iść do sklepu sama. A tak dobrze mi szło..

Dzieki Ci Panie!

Boże tak bardzo dziekuje Ci, ze moja ciaza przebiega poprawnie. Wszelkie dolegliwosci sa niczym w obliczu ciaz zagrozonych, przedwczesnych porodow i komplikacji o ktorych ostatnio slysze. Nawet stany lekowe nie dorownuja trudom i cierpieniom jakie musi zniesc tak wiele kobiet. Dziekuje z calego serca za ten czas 31 tygonk przezytych tak wspaniale, spokojnie i zdrowo. I prosze o kolejne szczesliwe tygodnie i pomyslne rozwiazanie. Jestem przepelniona wdziecznoscia

Czym sobie Boże zasłużyłam na taką łaskę?

Co ludzie powiedzą? – tragiczne skutki niskiej samooceny

Jestem nienormalna.. Dziś Dzidzia mnie naprawdę mocno kopnęła. Jeszcze do tej pory takiego intensywnego kopniaka nie dostałam. Wyglądało to tak, że miałam rękę na brzuchu, a ona jakby specjalnie w te rękę kierując bardzo mocno uderzyła. Moja pierwsza myśl… „moje dziecko mnie nie lubi”.. To przykre, ale moja samoocena jest wciąż na tyle niska, że potrafi wygenerować tak absurdalną myśl. Oczywiście trwała ona może pół sekundy, ale mimo to uważam, że to źle że mam takie odruchy.

W podstawówce i liceum ciągle bałam się oceny innych. Strasznie się przejmowałam tym co powiedzą, a już szczególnie okropnie czułam się jak się dowiedziałam, że chłopcy ze starszej klasy (jeszcze w podstawówce) nabijali się ze mnie. Nigdy nie byłam osobą śmiałą ani pewną siebie. Od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam, że miałam takie właśnie krytyczne podejście do siebie samej i tę wieczną obawę o to jak wyglądam w oczach innych. Podejrzewam. że to bardzo mocno przyczyniło się do moich stanów nerwicowych.

Mimo to teraz czuję się świetnie ze sobą. Ta niska samoocena czasem wraca w takich małych przebłyskach, ale generalnie bardzo mocno się podniosła w ostatnim czasie. A teraz od kiedy jestem w ciąży mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie dość że wszystkie błahe sprawy zeszły na drugi plan to jeszcze czuję iż posiadam ogromną wartość jako matka, żona, kobieta, osoba.

Ale czy to znaczy że teraz już jest dobrze? Że już nie choruję? Że już nie cierpię na ataki lęku? Niestety nie. Choć są one dużo mniejsze i występują dużo rzadziej niż kiedyś. Mimo to wciąż są. Więc albo jeszcze gdzieś w głębi pozostaje we mnie ta przestraszona osóbka z dzieciństwa, albo to po prostu tak łatwo i szybko nie działa.

A co poza tym? Tak jak podejrzewałam – wcale nie robię ćwiczeń wyciszenia regularnie, a tylko od czasu do czasu gdy czuję się zestresowana. Mimo to nadal uważam, że to dobry sposób na wyluzowanie, a to przecież ważne i dla mnie i dla Dzidzi.

Bociankowe się udało – polecam każdemu taką imprezkę, póki jeszcze ma się siły i ochotę na spotkania towarzyskie.

sukcesy i porażki, wózek oraz.. Bociankowe

Podoba mi się amerykańska idea organizowania Baby Shower. Pomyślałam, że sama chciałabym mieć coś podobnego. Jednak zdecydowałam się podejść do sprawy z trochę innej strony. Po pierwsze, sama urządzę tzw. Bociankowe (w amerykańskiej wersji to przyjaciółki organizują przyjęcie dla przyszłej mamy), po drugie – nie będzie to babska impreza pełna rózowych baloników, i ciastek w kształcie smoczków i bucików, a po prostu impreza dla najbliższych znajomych. Dla męża – świetna okazja żeby odpocząć i napić się z kumplami, dla mnie – żeby nadrobić zaległości z przyjaciółkami. A przy okazji nie ukrywam, że liczę na prezenty :) Czyż nie lepiej jest dostać zestaw pieluch i butelek przed narodzinami dziecka? A Wy co myślicie o nowej modzie na Bociankowe? Czy któraś z was miała takie przyjęcie albo uczestniczyła w podobnym?

Wczorajszy dzień obfitował w sukcesy jeśli chodzi o moje samopoczucie. Na zajęciach z uczniami czułam się doskonale i nawet złapałam się pod koniec zajęć na tym, że ani razu nawet nie pomyślałam o złym samopoczuciu. Będąc na tak pozytywnej fali zrobiłam coś wielkiego i.. wybrałam się do hipermarketu! Tak, tak, tego wielkiego z milionem półek i produktów, które wirują przed oczami, z jasnymi rażącymi światłami, tłumem ludzi i kasami – wąskimi pułapkami z dala od wyjścia. Pojechałam z mamą, ale uważam to za kolejny wielki sukces.

Obserwuję swój organizm w związku z medytacją wyciszenia. To chyba rzeczywiście pomaga, choć nadal uważam że za wcześnie żeby ocenić. Nie wiem czy mam po prostu lepszy okres w życiu czy jest lepszy właśnie dzięki tym ćwiczeniom. Szczerze mówiąc myślę, że ta metoda nikogo z nerwicy nie wyleczy, ale może się mocno przyczynić do poprawy stanu zdrowia i przede wszystkim do radzenia sobie w tych gorszych momentach.

A propos gorszych momentów.. Wczorajszy dzień był bardzo udany – powiedziałabym wręcz że Normalny (wreszcie!). Za to wieczór i noc o wiele gorsze.. Zaczęło się od kąpieli. Nie ukrywam że po ostatnim ataku mam uraz do wanny.. Nie biorę już ciepłych kąpieli, w ogóle staram się nie leżeć w wannie tylko brać szybki prysznic na siedząco. Niestety mój umysł i wnętrze przez całą kąpiel były bardzo zaniepokojone i myślałam tylko o tym żeby już wyjść. No niestety uraz psychiczny zawsze będzie potęgował te przykre doznania, aż do czasu kiedy przyzwyczaję się że nic mi nie grozi.

Za to noc to było coś – Maleńka obudziła mnie silnymi kopniakami i tak leżałam z nią prawie 3 godz bez snu walcząc ze ściśniętym żołądkiem i nudnościami. I znów niewiedza. Czy coś mi zwyczajnie zaszkodziło czy może mój organizm odreagował w ten sposób stresy, których uniknął w ciągu dnia..?

Moja Kruszynka rośnie i chyba da mi popalić jak już się urodzić, bo potrafi bardzo wymownie pokazać jak silna jest i jakie ma sprytne nóżki ;) Natomiast moją największą radością z wczorajszego dnia jest zakup wózka! Jest nowoczesny i niezmiernie funkcjonalny – kupiliśmy go z drugiej ręki, ale jest w fantastycznym stanie. Teraz stoi i czeka na Małą i przypomina mi – już tak realnie, że Ona niebawem będzie z nami.

medytacja wyciszenia

Od dwóch dni zaczęłam trening wyciszający, tzw. Medytację Wyciszenia (można o niej przeczytać tutaj: 
http://nerwicalekowa.com/2012/10/12/wprowadzenie-do-medytacji-wyciszenia-metody-odpoczynku-psychicznego-dr-mearesa/
). Zazwyczaj podchodzę sceptycznie do wszystkiego co ma w nazwie „medytacja” gdyż kojarzy mi się z religią wschodu/jogą/buddyzmem/czy mnichami tybetańskimi ;) Jednak w tej metodzie medytacja występuje chyba tylko w nazwie. Ogólnie rzecz polega na… nic nie robieniu.. Co, wbrew pozorom może być bardzo trudne. Szczególnie dla kogoś kto cierpi na nerwicę i musi być cały czas na przysłowiowym stand by’u.

No właśnie bo prawdziwy relaks nie polega na walnięciu się do łóżka lub na kanapę. Zauważyłam już nie raz, że gdy chcę się zrelaksować to ciało może i odpoczywa, ale wewnątrz wszystko jest napięte, a natrętne myśli nieustannie utrzymują mnie w stanie niepokoju. Dlatego w tej metodzie nie myślimy i niczym tylko o ‚odpuszczeniu’ rozluźnieniu  ciała, a co za tym idzie i umysłu.

Pierwszy raz był straszny. Usiadłam na krześle i przez 5 minut musiałam siedzieć z zamkniętymi oczami i wyluzowanym ciałem. Przyznam, że w między czasie nie wytrzymałam i musiałam podpatrzeć. Jak zamykam oczy zdaje mi się, że wszystko mi wiruję i zaraz niechybnie spadnę z tego krzesła. Następnym razem spróbowałam na ziemi. Tam czuję się bezpieczniej, ale chcę wrócić do krzesła.

Czy to pomaga? Trudno powiedzieć.. Za krótko, żeby ocenić. Nie doświadczyłam takich anomaliów o których piszą inni, że np ich wiecznie zimne dłonie i stopy podczas tych ćwiczeń robią się cudownie ciepłe. Wierzę, że tak się dzieje ze względu na spokojny przepływ krwi do całego ciała. Serce zwalnia rytm i już cała krew nie odpływa z kończyn by chronić serce – tak jak to dzieje się w przypadku napadów lęku. Jednak z pewnością mogę powiedzieć, że pod koniec tych 5 minut robi się naprawdę przyjemnie. W zasadzie już nie chcesz żeby się kończyły. Więc mogę śmiało stwierdzić, że choć na chwilę czuję się po tych ćwiczeniach lepiej. Spokojniej, świadomiej..

Dziś ogólnie czuję się dobrze, ale zasadą tych ćwiczeń jest aby je wykonywać nawet w te „dobre dni”. Wówczas ciało będzie się uczyć dobrych nawyków i będzie mogło łatwiej odnaleźć spokój w sytuacjach trudnych.

Z czasem mam zamiar zwiększyć czas ćwiczeń. Myślę że jednorazowo warto posiedzieć 10 min. I tak np 2 razy dziennie.

Podjęłam tę metodę, bo po pierwsze – nic nie kosztuje i na pewno nie zaszkodzi, więc warto spróbować. A po drugie i najważniejsze –  myślę, że mojej Dzidzi przyda się taki czas wyciszenia z mamusią codziennie.

lęk przed.. lękiem

Właśnie wróciłam z Biedronki. Sama! Od rana myślałam o tym, że dziś czeka mnie samodzielna wycieczka do sklepu. Już nie pamiętam kiedy byłam sama w supermarkecie. Takim z alejkami i kolejkami do kas. Przygotowałam się. Zrobiłam listę i pozwoliłam sobie kupić warzywa w warzywniaku, który znajduje się na zewnątrz. Im głębiej miedzy półkami tym gorzej, ale wówczas wiem, że zawsze mogę po prostu zostawić wózek i wyjść ze sklepu. Najgorzej jest przy kasie. 3 osoby przede mną, 2 za mną. Czuje się wówczas otoczona i zamknięta z każdej strony. No i jak mogę w takiej sytuacji wyjść? Przecież nie zostawię swoich produktów na taśmie! Mimo to powtarzałam sobie, że mogę to zrobić. Mogę po prostu przeprosić klientów i przepchać się do wyjścia. Z tym brzuchem to raczej nikogo nie zdziwi, że mogę zasłabnąć. W tej kolejce chciałam uciec z 5 razy. Jednak zdecydowałam zostać.  Pomógł uśmiech i dialog wewnętrzny. Najchętniej gadałabym do siebie na glos ale wówczas to już w ogóle wyszłabym na psychola ;) Myślałam też o tym co się dzieje. Obserowałam sytuację: „Jeszcze jedna pani przede mną” To plus. „3 produkty” – drugi plus. „Płaci, 100zł za kwotę 16zl” – To minus, kasjerka będzie dłużej wydawać resztę. „Teraz ja” – zajmę się pakowaniem i płaceniem. Myśli uciekają od złego samopoczucia. Wydanie reszty i Koniec. Otatnia prosta do wyjścia. Zwycięstwo! I satysfakcja, choć nie chcę tam znów wracać. Ciężko jest mi samej. Ale uważam za wielki sukces fakt, że jak jestem z kimś to praktycznie potrafię się już opanować w pełni lub prawie pełni i wyluzować.

I teraz ciekawe. To nie Biedronka mnie przeraża, czy jakikolwiek inny sklep, czy miejsce publiczne. Gdyby tak było to może łatwiej byłoby wyjść z tej choroby. To, co mnie przeraża to .. lęk sam w sobie. Leże w nocy i myślę, że w sobotę u znajomych może przyjść lęk i tak strasznie się go boję. Tak strasznie go nienawidzę. Z początku bałam się tego co się ze mną dzieje w momencie gdy się działo. Np siedząc na zebraniu rady pedagogicznej w zatłoczonym pokoju nauczycielskim czułam że się pocę, kręci mi się w głowie, wszystko mi się oddala, wiruje i jakby tracę kontakt z rzeczywistością. To przerażało. Po opanowaniu się jednak mijało. Do następnego razu.. Z czasem zaczęłam bać się samej możliwości nadejscia tego stanu. Gdy już wiedziałam, że cierpię na zaburzenia lękowe uświadomiłam sobie, że lękam się lęku. I to jest ten podstawowy problem osób cierpiących na nerwicę.

Tak czy inaczej – dziś po raz pierwszy od miesięcy pokonałam wielką barierę i jestem z siebie dumna.

UPDATE: Tego samego dnia wieczorem rozmawiałam jeszcze ze mężem. Pisałam wcześniej, że mój mąż wie o moim problemie i że mnie wspiera. Owszem tak jest. Mimo to nie mówimy przecież o tym codziennie, a ponieważ przed ostatnie kilka miesięcy było dobrze to on chyba nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, że jest to choroba bardzo możliwe że na całe życie i że tak naprawdę ja ciągle w tym jestem/ myślę o tym/ doświadczam tego. A przez to że on sobie tego tak na co dzień nie uświadamia – ja zaczynam się znów zagłębiać w swoje własne myśli i obawy, które nie mają ujścia. Na zasadzie- może lepiej nie mówić, może lepiej nie wywoływać skoro jeszcze nie jest tak źle. Skoro jeszcze ogarniam.. Błąd. I teraz to widze – po wczorajszej rozmowie czuję się jakby wielki kamień spadł mi z serca. Choć przecież to nigdy nie było tajemnicą. Mimo to rozmowa mnie uspokoiła, napełniła większą siłą, oczyściła z jakichkolwiek wyrzutów sumienia i wstydu. Mój kochany mąż po raz kolejny udowodnił, że choć sam myśli, że nic nie rozumie i nic nie pomaga to rozumie tak wiele i tak ogromnie pomaga! Tak bardzo wspiera. Dziękuję Bogu za niego codziennie..

atrakcyjni inaczej

Na wstępie muszę zaznaczyć, że czuję się absolutnie pozytywnie zbombardowana ilością i treścią komentarzy. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się takiego odzewu. Myślę, że to po części świadczy o tym jak powszechnym problemem jest nerwica w obecnych czasach i jak wiele osób dotyka bezpośrednio lub pośrednio. Nie ukrywam, że ten fakt mimo iż z jednej strony smuci, z drugiej napawa otuchą, że „nie jestem sama”. Nie raz będąc w miejscu publicznym pełnym ludzi obserwuje innych i zastanawiam się jak oni mają dobrze siedząc tak zwyczajnie spokojnie w miejscu i słuchając/oglądając/uczestnicząc.. A potem przychodzi taka myśl – może ten koleś też ma nerwice i nie może już tu wysiedzieć, może ta pani z tyłu co się opiera o ścianę walczy tak jak ja? I to dodaje odrobinę otuchy. Dlaczego? Ano myślę, że dlatego iż czujemy się w tej chorobie bardzo samotni. Nie wiem co się ze mną dzieje, najbliżsi nie mogą tego zrozumieć, co dopiero inni. Lepiej żeby znajomi się nie dowiedzieli, bo pomyślą że jesteśmy nienormalni więc najlepiej założyć swoją idealną maskę i udawać, że wszystko z nami w porządku. Przecież wszyscy zachowują się normalnie więc jak mnie może to przerażać. Ale jest nas wielu. I innych podobnych. Sama z przykrością muszę przyznać że jeszcze w czasie studiów miałam w grupie koleżankę, która nagle zaczęła notorycznie opuszczać zajęcia. Potem powiedziała nam że ma fobie społeczną i przyniosła wykładowcom zaświadczenia od lekarza. Z jakim odzewem się spotkała? Jak pani chce pracować w tym zawodzie skoro ma pani fobie społeczną?! Dodam iż zawod ten to nauczyciel. A odzew był nacechowany raczej elementami drwiny niż troski. Z zażenowaniem stwierdzam, że sama wówczas pomyślałam : „co za bzdura. Jak można bać się takich podstawowych rzeczy?”. No to szybko się przekonałam..

Szczerze mówiąc rozumiem ludzi, ktorzy tak reagują i nie dziwie im się. Żyjemy w społeczeństwie, w którym liczy się sukces, wygląd, zdrowie, modny lifestyle. Wymaga się od nas bardzo wiele. Sukcesów w pracy, atrakcyjnej aparycji, przebojowości. A my co? Gdzie jest miejsce na przerażone ‚owieczki’, które boją się wystawić nosa z domu? No więc sami zaczynamy się izolować. Bo sami mamy o sobie złe mniemanie. Zadręczamy się myślą, że jest z nami coś nie tak, że już nie pasujemy. Z resztą – może porzucę liczbę mnogą i skupię się na sobie.

Ja nigdy nie byłam duszą towarzystwa. Ale myślę, że zawsze byłam lubiana. Lubiłam kontakty towarzyskie, wyjścia, imprezy. Lubiłam zwracać na siebie uwagę strojem. Z podniesioną glową kroczyć pewnie po ulicy i „bywać” w różnych miejscach. Co się zmieniło? Pewnie sama muszę jeszcze do tego dojść. Z tej osoby w przeciągu kilku miesięcy zmieniłam się w przestraszoną osóbkę, z wiecznie spuszczoną glową, z wiecznie asekuracyjną postawą, napiętym ciałem, smutnymi myślami, smutną twarzą. Wymyślałam kolejne wymówki żeby tylko nie iść do znajomych na imprezę, żeby nie pójść na kawę do kawiarni z koleżanką, żeby nie iść do kina. Przestałam chodzić po sklepach i ubrania kupowalam jedynie przez internet. I własnie to błędne koło doprowadzalo mnie do jeszcze gorszego stanu. Bo nerwica to choroba ludzi, którzy muszą być idealnie lub co najmniej ‚normalni’ w oczach innych. A kiedy we własnych oczach jestem ‚psycholem’ to zaczynam kłamać innym. I wypierać, wypierać, wypierać.

W pewnym momencie trafiłam na metode, która zabrania wypierać, a każe „brać na klatę”. Poki co ona działa na mnie najlepiej. Przestałam się wstydzić przede wszystkim przed samą sobą że jestem chora. Niestety choroby się nie wybiera i samo „wzięcie się w garść” nie pomoże, tak samo jak nie pomoże przy chorobach ciała. No więc zaakceptowałam ją. I zaczęłam się jej spodziewać. Nie oczekuję że w magiczny sposób się nie pojawi. Nie oczekuję tym bardziej po sobie że pstryknięciem palców zatrzymam atak. Wręcz przeciwnie – wiem że przyjdzie, czekam na nią. Czekam na atak i jak przychodzi staram się pozwalać mu mnie opanować. Przy tym rozmawiam z sobą i staram się sobie tłumaczyć że to najgorsze co może mi się przydarzyć – to zle samopoczucie. A nawet jeśli zemdleję – cóż wtedy będę się martwić. A potem uśmiech. I z reguły pomaga. Czasem lepiej czasem gorzej.

Przy czym bardzo ważne jest żeby nie wymagać od siebie zbyt wiele. Pozwolić sobie na wszystkie możliwe opcje. Będę musiała wyjść, po prostu wyjdę i postaram się nie myśleć że ludzie spojrzą na mnie krzywo. Ale przede wszystkim nie będę sobie wyrzucać że się poddałam. Bo wyjście to, jak sama nazwa wskazuje, tylko jedno z „wyjść” i mam do niego prawo. Nie musze na sile udowadniać nikomu, a w szczególności sobie że dam radę.

Ktoś może powiedzieć że się nakręcam i za dużo o tym myślę. Nie sądze. Kiedyś moja przyjaciółka, notabene swiezo upieczona pani psycholog powiedziała mi, że i tak będę o tym myśleć. Bo to silniejsze ode mnie. Więc po co na siłe wypierać te myśli skoro można z nich zrobić formę przygotowania. Bycie świadomym choroby i tego że ma się ataki niespodziewanie nie oznacza nakręcania się i wywoływania tych ataków. One i tak przyjdą. A jak zauważyłam po sobie, im bardziej są niechciane i zagluszane, tym bardziej przychodzą w momentach najbardziej zaskakujących.

9 miesięcy z lękiem

Chciałabym pisać tego bloga przede wszystkim dla siebie, ale gdyby jakimś cudem komuś kto na niego trafi dodałby otuchy lub pomógł.. wierzę że cuda się zdarzają.

Dlaczego teraz? Bo już nie mogę udawać, że wszystko jest cudownie, a problem nerwicy mnie w ciąży nie dotyczy. Dlaczego blog? Bo jestem zbyt nieporadna/ leniwa/ zlękniona szukaniem pomocy gdzie indziej. Bo nie ma w moim mieście grupy wsparcia. Bo nie umiem znaleźć psychologa, a nawet gdybym umiała, nie potrafię się przełamać żeby poprosić go o pomoc. Bo już mi nie pomaga książka, która wcześniej ‚działała’. Bo po cichu liczę, że mówienie o tym pomoże mi. A że nie bardzo mam komu mówić to Internet na pewno znajdzie jakąś mini-przestrzeń na moje świadectwo.

Zacznę od tego ostatniego- czytałam w książce pt. „Oswoić lęk”, że należy przede wszystkim przyznać się, że jest się chorym, zaakceptować swoją chorobę i jak myślę, co za tym idzie, nie bać się o niej mówić. Bo nerwica to przecież właśnie choroba nas – skrytych introwertyków, dla których pisanie bloga to szczyt ‚wywnętrzniena’. Owszem mój mąż wie. Nawet staram się teraz – mimo lęku przed odrzuceniem – wspominać o chorobie, a już na pewno zawsze mu mówić o kolejnych atakach. Co kiedyś nie zawsze miało miejsce. Wolałam przemilczeć, że mi źle, bo bałam się, że znów się zdenerwuje/ zniechęci albo każe mi się uspokoić. Bo takie sceny miały miejsce i nie żebym miała mu za złe. Wręcz przeciwnie – rozumiem go. Bo jak biedak miał pojąć coś niezrozumiałego nawet dla mnie? Jak to możliwe, że ktoś tak po prostu nagle siedząc w kościele czuje się na tyle źle, że musi wyjść? Jak to możliwe, że ktoś ledwie wejdzie do sklepu i musi z niego wyjść? W końcu, jak to możliwe, że ktoś na sama myśl o miejscu publicznym/ pełnym ludzi czuje się źle? Przecież to chore i nienormalne!!

Tak – jestem chora i nienormalna. Jestem chora na zaburzenia lękowe. Krok pierwszy – przyznać się do swojej choroby. Ale jednocześnie nie umniejszać się z jej powodu. Nie gardzić sobą za to że jestem ‚nienormalna’. Nie wyzywać się od ‚psycholi’ i nie potępiać siebie i swoich reakcji na chorobę. To trudne, bo my ‚lękowcy’ zazwyczaj musimy być idealni. Przynajmniej w oczach innych, bo przecież „co ludzie powiedzą?”.

No więc ja dziś zaczęłam pisać, bo dziś miałam a w zasadzie mam mega atak. Nie będę udawać eksperta i przyznam szczerze, nie wie wiem co się ze mną dzieje.. Jak zawsze w takich momentach, już tyle przecież razy! Za każdym razem to samo! Nie wiem co się ze mną dzieje! .. Jak to co?! Masz atak lęku ot co! Miałaś ich już setki. A i tak przy każdym jest to zwątpienie, że tym razem to juz na pewno dzieje się coś złego. Ale nie wiem co?!

Zaczęły się juz 3 lata temu. Z większymi przerwami. A ostatnio juz tak na dobre to w czerwcu 2012. Tuż po ślubie, który był w maju. Ślub był cudowny i ten czas tuż po. A potem zamiast podróży poślubnej były coraz częstsze zawroty głowy i ataki strachu przed omdleniem. I podróże – ale po gabinetach lekarskich w poszukiwaniu przyczyny. Pewnie myślicie – skąd ja to znam? ;)  Oczywiście nic mi nie jest. Zdrowa jak ryba! Wyniki idealne. Wszystko wspaniale. Wreszcie na końcu listy lekarzy specjalistów znalazła się pani psychiatra, która orzeka krótko – nerwica lękowa. Dała leki i całe lato z głowy. We wrześniu było już praktycznie ok. Już nie na prochach i sama silna potrafiłam jakieś małe straszki pokonywać, a duże już nie przychodziły. A w listopadzie wielki news: Jestem w ciąży!!!

Ja?? Popapraniec życiowy, który sam nie potrafi zrobić zakupów w Biedronce bez opieki? Ja będę miała dziecko?? I wtedy myśl: No tak! Dziecko da mi siłę! Dziecko przejmie całe moje życie i takie elementy jak jakieś lęki nie będą miały prawa wstępu. Nawet przez chwile nie pomyślę w takim kościele albo supermarkecie, że może być mi źle skoro przecież tu dziecko płacze, tu się kręci, tu się może uderzyć, tu śpi, a tu mu wypadł smoczek. Nawet nie będzie czasu na nerwicę.

Nadal po cichu marzę że tak będzie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy- nic nie jest w stanie mnie wyleczyć. Tylko ja sama. Dziecko to nie magiczne panaceum na chorobę. Owszem myślę, że moje problemy mają szansę zejść na drugi plan, ale co jeśli tak nie będzie? Albo co jeśli się nasilą? Co wtedy? Będę okropną matką, która nie może sama zadbać o swoje dziecko bo boi się z nim wyjść na spacer?!

Szczerze przyznaję – byłam naiwna wierząc, że w ciąży ten problem mnie nie dotyczy. No bo jak czasem mi się zawróciło w głowie, no to wiadomo – hormony. Jak czasem zrobiło się słabo, no to wiadomo – w ciązy ma prawo zrobić się słabo, kręcić się w głowie, nawet zemdleć można. I tak metodą wyparcia ‚zwalczałam’ swoją chorobę. Chorobę, która dzięki takim metodom niestety staje się tylko silniejsza. A teraz już postanowiłam pozbyć się złudzeń. Jestem chora. Jestem w ciąży i jestem chora. Modlę się tylko żeby moja córeczka nie żyła w tym strachu co ja. Nie czuła tego jak mama leży przerażona na posadzce w łazience bo „dopadło ją” przy wychodzeniu z wanny. Mam nadzieję, że jest bezpieczna i spokojna – moja kruszynka bezbronna..

Wreszcie muszę dodać, że pogubiłam się trochę w tym wszystkim. Już nie wiem kiedy mnie dopadnie a kiedy nie. Kiedyś to był pewniak: kościół – każda msza na dworze lub w przedsionku i nie pewność „pójdę do komunii czy nie pójdę? dojdę czy nie dojdę?”; Biedronka – między półkami jeszcze jak cię mogę, ale przy kasie to już koniec, sprint do drzwi, niech mąż stoi w tej kolejce; hipermarket – w ogóle odpadał; galerie handlowe – tak samo; spotkanie u znajomych -tu już ruletka, raz lepiej raz gorzej. Najlepiej w domu, w łóżku, z mężem nieopodal. Choć były czasy, że nie potrafiłam znaleźć bezpiecznego miejsca i nie spałam kilka tygodni z rzędu w wiecznym niemijającym strachu. Ale to czasy z przed kilku miesięcy. Złe czarne czasy, do których nie chę wracać i nie chcę o nich myśleć.

Teraz jest w większości cudownie, bo mam dziecko które rozwija się pod mym sercem. Mam męża, którego kocham mocniej niż kiedykolwiek. Jestem szczęśliwa. A choroba? Choroba zaczęła chyba próbować dorwać mnie z innej strony. W kościele sobie radzę (choć ostatnio jak byłam sama to poległam po całości). Muszę być z kimś, najlepiej z mężem. On wie, że kościół to dla mnie trudne miejsce, ale umiem tam jakoś wytrzymywać ataki. Wystarczy, że zlapię go pod rękę i czuję się o wiele silniejsza. W sklepach radzę sobie sama i to świetnie. Na zajęciach u moich uczniów często robi mi się słabo, ale tam po prostu staram się to przeczekać. I mija. Za każdym razem jak gdzieś idę mówię sobie: „na pewno będzie ci tam źle. Na pewno przyjdzie moment że poczujesz się gorzej . I masz do tego prawo. Masz prawo, bo jesteś chora. A jak poczujesz się gorzej to nic. Bo to przejdzie, bo to tylko uczucie. Nie zemdlejesz, a nawet jeśli to za chwilę sie ockniesz i będziesz wsród ludzi którzy ci pomogą, i nic się nie stanie” .. I za każdym razem ten lęk przychodzi jak przewidziałam. Czasem mniejszy czasem większy, ale nigdy nie taki, którego nie dałoby się opanować. No więc jak podejrzewam, gdzieś to się musiało odbić i teraz dopadł mnie w moim własnym domu. Mojej wannie w której się relaksuję. W moim łóżku, z którego nie mogłam się podnieść dopóki mama nie przyszła i nie trzymała mnie mocno za ręce. Ten już nie chce przejść. Siedzę i wiem, że to „on”. Wiem, że nic się nie stanie. Ze to uczucie, że tylko w mojej głowie się dzieje. Siedzę i staram się przywołać wszystkie techniki, które teraz po prostu nie działają!! Dlaczego?! Nie wiem.. Ale wiem, że będzie teraz wracał. Będzie próbował mnie zniszczyć, a ja jeśli czegoś nie wymyślę, będę coraz bardziej bezradna. Może chociaż to miejsce mi pomoże? Bo nie mam pomysłów na ratunek.